Gdyby
procentowo określić ważność pojedynczego głosu w wyborach, z trudnością można
by załapać się na setną część wyniku. Po co głosować skoro nie ma się
najmniejszego wpływu na rezultat? W takiej chwili wszyscy „obowiązkowi”
obywatele wyliczają różne nakazy społeczne świadczące o dużej sile przebicia
idącej w milionach takich małych głosów. Czy oscylująca w granicach 50%
frekwencja to sukces czy porażka demokracji?
Nie sposób odpowiedzieć na
pytanie, które dla każdego ma inną odpowiedź. 50% oznacza, że połowa osób z
różnych przyczyn nie poszła do urn w niedzielę. Część nie miała swojego
kandydata, część odcina się od polityki, inni
znowu nie wierzą, że to coś zmieni, a jeszcze innym po prostu się nie
chciało. Są pewnie i tacy, którzy nie kojarzą wyborów z realnym, przyziemnym
dniem dzisiejszym. Dlatego nie głosują.




.jpg)

