Oj,
męczyłem się z tą książką, męczyłem. Najpierw przeleżała na stole kilka
tygodni, tylko po to, by w końcu ją połknąć w jakieś 3 dni. Gruba, dziwnie
ciężka, a i treść zupełnie nowa. To moja pierwsza książka podróżnicza, którą
zresztą dostałem na wymianę, co oznacza, że wcale jej nie chciałem. Druga
kwestia, autor. Wojciecha Cejrowskiego znam z serii telewizyjnych podróży do
dzikich ziem, jego niebanalny, oryginalny i bezpośredni styl bycia. Do tej pory
miałem do niego sympatię. Kiedy zacząłem czytać „Rio”, wkurzał mnie z każdą
stroną.
Nuda, nuda, ja wszystko wiem, nuda,
ja wszystko widziałem, nuda, ze
wszystkim sobie poradzę, nuda,
niczego się nie boję, nuda. Takie
były moje pierwsze wrażenia. Wydawało mi się, że czytam jakąś telenowelę, gdy
najbardziej sensacyjnym momentem książki staje się wpadanie w błoto po raz
trzeci. A sam autor im dalej odchodził od cywilizacji, tym czuł się lepiej. Ok,
ale negowanie i atakowanie wszystkiego co zostaje za mną, a wychwalanie
dzikości przyrody i ludzi oraz nieznanego wprawiało mnie w irytację.
Dochodziłem do wniosku, że skoro ci u nas tak źle (w świecie materializmu i
konsumpcjonizmu), to do widzenia i zostań sobie w buszu!
