Rok 2015
był pierwszym pełnym rokiem działalności bloga obyksiążka, dlatego warto w
krótkim chociaż słowie przedstawić, co w tym czasie się zadziało. Na szczęście
nie zakładałem sobie żadnych planów czytelniczych dotyczących ilości
przeczytanych książek, bo bardzo by mnie to ograniczało, a jak już na spokojnie
mogę stwierdzić, na pewno bym ich nie zrealizował. Zresztą, czytanie ma być
przyjemnością, a nie zmuszaniem do przyjemności. Wszak za moim ulubionym
powiedzeniem „jak mi się zachce” w minionym roku zachciało mi się tak...
niedziela, 3 stycznia 2016
piątek, 4 grudnia 2015
Andrzej Sowa – Ocalony. Ćpunk w kościele
Warto od
czasu do czasu obejrzeć telewizję śniadaniową, bo pomiędzy historiami: jak uprać
skarpetki, a ile wydać na święta, można znaleźć i takie perełki, jak prezentacje
ciekawych książek. W dodatku polskich autorów. W innym wypadku, ta książka
nigdy by do mnie nie trafiła. Chociaż i tak upłynęło sporo wody w Wiśle zanim
do niej zasiadłem. A jak już zasiadłem to z gorącym cydrem w ulubionej kawiarni
i buchnąłem połowę na raz. Reszta była formalnością i to w mgnieniu oka.
Andrzej „Kogut” Sowa ponad
dwadzieścia lat temu był wokalistą grupy Maria Nefeli, z którą to dostał
nagrodę na festiwalu w Jarocinie. Zespół z tak zwaną ciężką muzyką, której
osobiście na co dzień nie słucham, ale która ma rzesze swoich fanów. I ten owy
zespół z rozpisanym przepisem na sukces dla „Koguta” nie stanowił takiej
wartości jak coś mu bardziej bliskiego – alkohol i narkotyki. Historia dobrze
znana: osiągnąć szczyt, spaść poniżej dna i jakoś stamtąd wyjść. Proste słowa,
ale w życiu Andrzeja Sowy oznaczały tragiczne i bolesne przeżycia.
niedziela, 22 listopada 2015
Gong Ji-Young – Nasze szczęśliwe czasy
Tym
razem literacka nuta skierowała mnie na rynek azjatycki, a dokładniej do
koreańskiej autorki, która podobno jest nagradzaną i bardzo dobrą pisarką.
Nigdy wcześniej nie czytałem nic z tamtego rejonu świata, dlatego zamarzyłem
sobie przenosiny do tak bardzo innej, kulturalnie, obyczajowo i klimatycznie
ziemi. Od razu zobaczyłem siebie albo na zielonej prowincji otoczonej
plantacjami ryżu lub w nowoczesnym technologicznie i pokrytym szczelnie smogiem
dynamicznym mieście. Wyczuwałem inny smak powietrza, szeroką gamę ostrych
zapachów i miliony mijających mnie skośnookich mieszkańców. Czy tam właśnie się
znalazłem?
Do „Naszych szczęśliwych czasów”
podchodziłem kilkukrotnie. Nie tylko ze względu na względny brak czasu lecz
również na poziom ciekawości bijący ze słów pani Gong. Nawet nudząc się w
samolocie nie mogłem się zmusić do dłuższego czytania niż 20 minut. Czy książka
jest nudna? Ciężko to stwierdzić i wcale tak nie powiem. Jest zupełnie inna,
wręcz czułem, że napisana przez autora z dalekiego kraju, dla mnie obcego.
niedziela, 4 października 2015
Halina Birenbaum – Nadzieja umiera ostatnia. Wyprawa w przeszłość
Zwykle
czyta się książki nasączone historiami ludzi, których dotykają wspaniałe
przygody, górnolotne emocje często pomieszane z osobistymi dramatami i
tragediami ściskającymi gardło czytających. Najczęściej jednak jest to fikcja.
Coś co autor wytwarza w swoim umyśle, przekazuje i doświadcza obrazując swoje
wyobrażenia. Często też poparta własnymi przeżyciami i swoim życiem.
Lubimy brnąć w takie książki.
Wchodzimy w czyjąś skórę, drażnimy się z czyimś lękiem, patrzymy na łzy i
rozpacz z boku. Oglądamy z równą chęcią radość i największe rozkosze,
utożsamiając siebie w podobnych sytuacjach. Ale nadal tkwimy w literackiej
nieprawdzie. Jak najbardziej realnej, lecz zamkniętej w papierowej oprawie. Czy
z trudem przyjdzie mi „ocenić” książkę Pani Haliny Birenbaum? Jak to zrobić,
gdy po jej przeczytaniu najchętniej zaszufladkowałbym ją w gatunku science-fiction? Mierzę się z
paradoksem, który chce mnie przekonać, że ta książka jest „wymyśloną prawdą”. A
jest tylko prawdą.
niedziela, 13 września 2015
Emily Giffin – Coś niebieskiego
Książkę
można wymęczyć na kilka sposobów. Czytać po kawałku w nierównych odstępach
czasu, traktując każdy rozdział jako początek; w ogóle nie czytać i myśleć, że
pozbyłem się problemu, ale nadal zastanawiając się – może jednak; lub wyłączyć
się z rzeczywistości w wolną niedzielę i czytać do bólu. A nóż widelec, może
mnie wciągnie...
„Coś niebieskiego” przeleżało
1,5 miesiąca domagając się zakończenia historii z romansem w tle. Niestety złe
wrażenie wywołane przez pierwszą część, negatywnie również nastawiło mnie do
niby lepszej połowy sagi. Czytałem, czytałem, częściej raczej myśląc (nuuuda),
niż skupiając się na samej treści. Sam do końca nie mogę się przekonać czy
zmieniłem zdanie o atrakcyjności powieści. Nie, nie zmieniłem, książka nadal
pozostanie mi w pamięci jako – z lekka to określę – mało konkretna. Dorzucę
malutkie ALE, które jak lew bronić będzie niezwykłego przekonania, które po raz
pierwszy dotknęło mnie w zazwyczaj mało dostrzeganym przeze mnie morale: Życie
od nowa to nie fikcja.
wtorek, 28 lipca 2015
Emily Giffin – Coś pożyczonego
Długo,
długo, długo nie czytałem. Życie. Jest tak samo skomplikowane jak historie w
opowieściach, które czytam. Ale nie ważne. „Coś pożyczonego” to książka, a
jakże pożyczona, ale nie jako taka zwykła kupa papieru. Dana z pewnego rodzaju namaszczeniem. Madziu, wspomnę Cię po
raz pierwszy jako mojego głównego dilera książkowego – naturalnie dzięki za
wszystkie tytuły, które już do mnie trafiły, i które zapewne jeszcze przede
mną. O co chodzi z tym błogosławieństwem? Otóż, podobno będę pierwszą osobą,
której ta książka mogłaby się nie spodobać (czy tak było, zapraszam poniżej).
Po przeczytaniu trzech opasłych
tomów Greya, miałem nadzieję na zupełną zmianę gatunkową, a tu przeznaczony mi
był kolejny romans. Na dodatek właśnie teraz się załamałem. Postanowiłem przerolować
Wikipedię, żeby sprawdzić jak dokładnie klasyfikowana jest ta książka, no i z
jednej strony ciekawostka, z drugiej potwierdzenie dlaczego nie chciałem jej
czytać. „Coś pożyczonego” to powieść chick
lit, czyli odmiana literatury tworzona przez kobiety i dla kobiet (słówko głównie
wcale mnie nie pociesza). No dobra..., ale przecież: OBYKSIĄŻKA!
sobota, 18 lipca 2015
Pierwsze urodziny bloga - obyksiążka
Rok temu
rozpoczęła się bardzo przyjemna wędrówka, która uświadomiła mi, że robienie
czegoś tylko i wyłącznie dla własnej satysfakcji rozwija jak nic na świecie, a
przy okazji pogłębia nieznane dotąd horyzonty. Czytanie książek wciąga
najbardziej w momentach, gdy jest Ci źle – wtedy czytasz tragiczne historie,
albo gdy masz na wszystko wywalone i leżysz pod gruszką patrząc w niebo – wtedy
czytasz mroczny kryminał, podejrzewając nawet biegające między nogami kury o
tajemnicze zbrodnie, no albo w każdym innym czasie, gdy już wiesz, że po prostu
chcesz i musisz przeznaczyć krótkie 5 minut na kilka stron jakiejkolwiek
powieści, albo chociaż opowieści.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






